ARKADIUSZ MILIK W ROZMOWIE Z GRZEGORZEM KRYCHOWIAKIEM

W PODCAŚCIE „W STYLU KRYCHOWIAKA”

Grzegorz Krychowiak: Wyjątkowy gość. Wyjątkowe miejsce. Jesteśmy na PGE Narodowym. Zadebiutował w Ekstraklasie w wieku 17 lat, rozegrał 73 mecze i strzelił 17 goli w reprezentacji Polski. Arkadiusz Milik.

Arkadiusz Milik: Cześć. Bardzo się cieszę, że jestem pierwszym byłym kolegą z boiska, z którym rozmawiasz w podcaście.

Tu padła jedna z najważniejszych bramek w twojej karierze.

Pewnie masz na myśli gola z Niemcami. Nigdy nie dzieliłem bramek na ważniejsze i mniej ważne, ale wiem, jak wiele znaczyła dla kibiców. Pamiętam atmosferę na stadionie i radość po zwycięstwie. To wspomnienie cały czas we mnie żyje.

Zadebiutowałeś w Ekstraklasie jako 17-latek u Adama Nawałki.

To był bardzo trudny moment. Przeszedłem z juniorów do seniorów i od razu zostałem napastnikiem, choć wcześniej grałem na skrzydle. W Górniku dominowała gra długą piłką, a fizycznie nie byłem jeszcze gotowy do walki z doświadczonymi obrońcami. Na początku zwyczajnie sobie z tym nie radziłem.

A o co chodziło z reklamą Tindera?

To nie była moja decyzja. W Napoli każdy zawodnik oddawał klubowi prawa do swojego wizerunku. Miałem wtedy 22 lata i zależało mi wyłącznie na rozwoju sportowym, więc podpisałem dokumenty. Dopiero później okazało się, że mam nagrać reklamę Tindera. Miałem wtedy dziewczynę i czułem się z tym bardzo niekomfortowo. To była jedna z sytuacji, która później wpłynęła na moją decyzję o nieprzedłużaniu kontraktu.

Miałeś konto na Tinderze?

Nigdy.

Jak wyglądały początki u Adama Nawałki?

Najcięższe treningi w całej mojej karierze. Były dni, które zaczynały się o ósmej rano, a kończyły po dwudziestej trzeciej. Siłownia, trening, odprawy, analiza i drugi, bardzo ciężki trening, który piłkarze nazywali „bigosem”, bo było na nim wszystko. Dla młodego zawodnika to było ogromne wyzwanie.

Kibice krzyczeli z trybun: „Nawałka, zdejmij Milika”.

Wszystko było słychać, bo stadion był wtedy w przebudowie. Początki naprawdę nie były łatwe, ale ani przez chwilę nie czułem, żeby trener przestał we mnie wierzyć.

Czułeś jego zaufanie?

Zawsze. Adam Nawałka jest dla mnie piłkarskim ojcem. To on nauczył mnie profesjonalizmu i wyznaczył standardy, które zostały ze mną do dziś. Nadal mamy kontakt i bardzo go szanuję.

Powiedział mi, że w rok zyskałeś osiem kilogramów mięśni.

To prawda. Byłem bardzo szczupły. Dopiero w Górniku zacząłem regularnie trenować na siłowni i zwracać uwagę na odżywianie. Wcześniej moja dieta była fatalna – Nutella, płatki i pizza. Nawet wykryto u mnie anemię. Tam nauczyłem się, jak ważna jest dieta i regeneracja.

Wszystko zmieniło się po pierwszym golu…

To był mecz z Koroną Kielce. W ogóle mogłem w nim nie zagrać, bo zastąpiłem zawieszonego napastnika. Przy rzucie karnym sam wziąłem piłkę, choć wyznaczony był ktoś inny. Miałem 17 lat i kilkanaście meczów bez gola, ale wiedziałem, że muszę wziąć odpowiedzialność. Od tego momentu wszystko zaczęło się układać.

Twój brat mówił, że Nawałka był dla ciebie jak drugi ojciec.

Dziś dokładnie tak to odbieram. Wtedy wydawało mi się, że jest bardzo surowy, ale z czasem zrozumiałem, że po prostu wymagał ode mnie więcej. Powtarzał: „Ciężka praca, ciężka praca, ciężka praca i będą złote góry”. To zostało ze mną na całe życie.

Nadal masz w sobie jego zasady?

Tak. Nauczył mnie nie udawać fauli, nie szukać wymówek i zawsze być odważnym. Często powtarzał też jedno włoskie słowo: coraggio – odwaga. To jedna z najważniejszych lekcji, jakie od niego wyniosłem.

Jak wyglądał wyjazd do Bayeru Leverkusen?

Piłkarsko to była ogromna przepaść. Nie chodziło o technikę, ale o tempo gry, szybkość podejmowania decyzji i czytanie boiska. W Polsce budowaliśmy fundamenty, a tam wszystko działo się o kilka poziomów szybciej. Co ciekawe, fizycznie było mi łatwiej niż u Nawałki, bo treningi były krótsze i mniej wyczerpujące.

Miałeś moment zwątpienia?

Nie. Już przy podpisywaniu kontraktu ustaliłem, że jeśli nie będę grał, chcę zostać wypożyczony. W wieku osiemnastu czy dziewiętnastu lat najważniejsze są minuty na boisku. Wtedy rozwijasz się najszybciej.

Arkadiusz Milik

W Augsburgu było inaczej?

Zupełnie. To była drużyna grająca bardziej fizycznie, oparta na długich piłkach. Nie był to mój naturalny styl, ale właśnie tam nauczyłem się gry tyłem do bramki. Trener powtarzał mi, że bez tego nie zrobię kolejnego kroku w karierze. Ta lekcja bardzo mi się później przydała. 

Kiedy poczułeś, że jesteś gotowy grać jako klasyczna „dziewiątka”, także w bardziej defensywnym zespole?

Myślę, że dopiero u Carlo Ancelottiego. Po dwóch zerwaniach więzadeł byłem silniejszy fizycznie, poprawiłem grę tyłem do bramki i przestałem bać się kontaktu z obrońcami. Gdy rywale wysoko nas pressowali, bramkarz mógł zagrać do mnie długą piłkę, a ja potrafiłem ją utrzymać.

Co jest najważniejsze w takiej grze?

Nie sama siła. Kluczowe są wyczucie, timing i technika. Musisz przyjąć piłkę pod presją, jednocześnie zastawić się i przygotować do kolejnego zagrania. Wszystko dzieje się w ułamku sekundy.

W Augsburgu styl gry chyba nie był pod ciebie.

Nie był, ale najbardziej potrzebowałem wtedy minut. To był klub, który naprawdę mnie chciał. Mając 18–19 lat, nie analizowałem wszystkiego tak jak dziś.

Był moment zwątpienia?

Pod koniec sezonu zastanawiałem się, co dalej. Strzeliłem dwie bramki, nie przekonywałem grą. Uratowała mnie reprezentacja U-21 prowadzona przez Marcina Dornę. Grałem tam bardzo dobrze, a moje mecze regularnie oglądał skaut Ajaxu. To właśnie dzięki występom w młodzieżówce trafiłem do Amsterdamu.

Nad ofertą Ajaxu długo się zastanawiałeś?

Ani chwili. Wszystko tam się zgadzało. Trenerem był Frank de Boer, z napastnikami pracował Dennis Bergkamp, dyrektorem sportowym Marc Overmars, a Edwin van der Sar odpowiadał za sprawy organizacyjne. Dla młodego piłkarza to było wymarzone miejsce.

Bergkamp rzeczywiście tyle cię nauczył?

Bardzo dużo. Powiedział mi jednak coś ważnego: „Nie nauczę cię grać od nowa. Mogę jedynie podpowiedzieć, co poprawić”. Zostawaliśmy po treningach, pracowaliśmy nad przyjęciem piłki i wykończeniem akcji. To były najcenniejsze wskazówki.

Treningi w Ajaxie różniły się od tych, które znałeś?

Zupełnie. Było mnóstwo ćwiczeń z piłką, małe gry, slalomy, doskonalenie techniki i wykończenia. Taktyki praktycznie nie było. Dla napastnika to było idealne środowisko, bo każdego dnia miałem kontakt z piłką i mogłem pracować nad strzałem.

Kiedy poczułeś, że czas odejść z Ajaxu?

Nie czułem, że muszę odejść. Bardzo dobrze się tam czułem, strzelałem gole i rozwijałem się. Po Euro 2016 zgłosiły się Sevilla i Napoli. Ajax odrzucił pierwsze oferty, ale kiedy Napoli sprzedało Higuaina do Juventusu i zaproponowało około 30 milionów euro, klub zgodził się na transfer. Pamiętam ekscytację, bo dwa lata wcześniej trafiałem do Ajaxu za ułamek tej kwoty.

W Neapolu wszystko się zmieniło…

Sam transfer niczego nie gwarantował. Trzeba było udowodnić swoją wartość. Od pierwszych treningów u Maurizio Sarriego czułem jednak, że trafiłem do wyjątkowej drużyny. Nie mieliśmy może najlepszych piłkarzy indywidualnie, ale jako zespół byliśmy doskonale zorganizowani. Każdy wiedział, co ma robić, a trener potrafił to przekazać.

Twój brat powiedział kiedyś, że gdyby nie kontuzje, mógłbyś osiągnąć poziom Roberta Lewandowskiego.

Tego nigdy się nie dowiemy. Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby. Początek w Napoli miałem świetny – regularnie strzelałem gole w lidze i Lidze Mistrzów. Potem, w meczu z Danią na Stadionie Narodowym, zerwałem więzadło krzyżowe i wszystko się zmieniło.

Euro 2016?

Wyjątkowy czas. Adam Nawałka stworzył zespół, w którym każdy wierzył w drugiego. Mieliśmy świetny kręgosłup drużyny i ogromną energię. Na każde zgrupowanie przyjeżdżało się z radością. Czegoś takiego później już trochę brakowało.

Ucieszyłeś się, gdy Nawałka został selekcjonerem?

Tak, choć na początku zastanawiałem się, czy nie ma do mnie żalu za odejście z Górnika zimą. Początkowo mnie nie powoływał, ale kiedy dostałem szansę, czułem, że na mnie stawia.

Trener Nawałka z Górnika i z reprezentacji to ta sama osoba?

Nie. W Górniku chciał kontrolować każdy szczegół i budował profesjonalizm od podstaw. W reprezentacji pracował już z doświadczonymi piłkarzami, więc bardziej słuchał zawodników i potrafił korzystać z ich doświadczenia. Bardzo się rozwinął jako trener.

Kiedy zrozumiałeś, że będziesz partnerem Roberta Lewandowskiego w ataku?

Po meczu z Litwą czułem, że trener mi ufa i że dobrze rozumiemy się z Robertem na boisku. Później, podczas przygotowań do kolejnych meczów, wszystko wskazywało na to, że właśnie na mnie chce postawić.

Pamiętasz mundial w Rosji?

Bardzo dobrze. Najbardziej boli mnie nie krytyka, ale poczucie, że zawiodłem Adama Nawałkę. Po meczu z Senegalem podczas odprawy pokazał kilka moich błędów. Miałem wrażenie, że zawiodłem człowieka, który tak wiele dla mnie zrobił. To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń w reprezentacji.

Jak ważna jest relacja z selekcjonerem?

Kluczowa. W klubie trener pracuje z tobą codziennie, w reprezentacji ma kilka dni. Dlatego zaufanie i dobry kontakt są jeszcze ważniejsze. Jeśli trener i zawodnik są gotowi iść za sobą w ogień, później widać to na boisku.

Pamiętasz gola na Euro 2016?

Doskonale. Przed meczem z Irlandią Północną byłem bardzo zestresowany, ale jednocześnie czułem ogromną siłę naszej drużyny. W przerwie Kuba Błaszczykowski powiedział mi, żebym był gotowy na wycofane piłki z boku. W drugiej połowie dokładnie tak padł gol. To było niesamowite uczucie i jeden z najpiękniejszych momentów w reprezentacji.

Pamiętasz, co powiedziałeś mi po golu z Irlandią Północną?

Chyba przeprosiłem. Trochę mnie poniosło. Próbowałem grać efektownie, piętki, siatki… A wy z Robertem od razu sprowadziliście mnie na ziemię. Mieliście rację – mecz jeszcze się nie skończył.

Twój brat powiedział, że zawsze potrafiłeś dostosować się do gry Roberta Lewandowskiego.

Bo wiedziałem, że drużyna jest ważniejsza ode mnie. Robert był najlepszym piłkarzem reprezentacji i moją rolą było zrobić wszystko, żeby zespół funkcjonował jak najlepiej. Grałem niżej, wykonywałem mnóstwo pracy w defensywie, często kryłem defensywnego pomocnika rywali. To nie była naturalna rola dla klasycznej „dziewiątki”, ale wiedziałem, że jest potrzebna.

I robiłeś to naprawdę dobrze.

Dzięki wam z trenerem. Czasem mnie podkręcaliście, żebym jeszcze mocniej pracował w obronie. Bywało, że się irytowałem, ale dziś wiem, że bardzo mi to pomogło.

Nigdy nie pomyślałeś, że możesz zostać numerem jeden w reprezentacji zamiast Roberta?

Nigdy. Wiedziałem, z kim rywalizuję. Są piłkarze, z którymi po prostu się nie rywalizuje. Dla mnie celem było być w jak najlepszej formie i grać jak najwięcej, a nie wypierać Roberta.

A miałeś poczucie, że dla niego stałeś się rywalem?

Trudno powiedzieć. Trzeba byłoby zapytać Roberta. Pamiętam jednak jego wypowiedź po meczu z Gruzją, kiedy zażartował, że też chciałby mieć takie sytuacje jak ja. Może coś w tym było. Ja natomiast zawsze bardziej chciałem się od niego uczyć niż z nim rywalizować.

Gra jako drugi napastnik dawała ci więcej swobody?

Miała plusy i minusy. Minusem było to, że wykonywałem ogrom pracy defensywnej. Pamiętam mecz ze Szwajcarią, kiedy przez pół spotkania biegałem za Granitem Xhaką. Dla napastnika to zupełnie inny wysiłek niż krótkie sprinty. Z drugiej strony często wchodziłem w pole karne z drugiej linii i dzięki temu miałem sporo sytuacji bramkowych.

Właśnie wtedy zmarnowałeś tę słynną okazję z Niemcami.

Tak. To od tamtej sytuacji zaczęła się fala memów i hejtu. Jako 22-latek nie byłem na to przygotowany. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej, ale wtedy bardzo mnie to bolało.

Kiedy zacząłeś pracować z psychologiem?

Dopiero po mundialu w 2018 roku. Nauczyłem się wtedy jednej bardzo ważnej rzeczy – jak najszybciej odcinać się od błędów. Wizualizowaliśmy sytuacje, w których marnuję okazję albo tracę piłkę i ćwiczyliśmy reakcję, żeby nie zostać mentalnie w tym błędzie.

Czy po niewykorzystanej okazji łatwo stracić pewność siebie?

Oczywiście. Zwłaszcza kiedy w meczu masz dwie sytuacje i wiesz, że trzeciej może już nie być. To ogromna presja dla napastnika.

A jednak na Euro 2016 nie uciekłeś od odpowiedzialności.

Nigdy nie uciekałem. Po niewykorzystanych okazjach dalej chciałem piłkę. Dlatego również bez wahania podszedłem do rzutów karnych. Wiedziałem, ile pracy poświęciłem na ich trenowanie i ufałem swoim umiejętnościom.

Po turnieju bardziej czułeś dumę czy niedosyt?

Wtedy ogromny niedosyt. Miałem 22 lata i wydawało mi się, że za dwa lata znowu zagramy co najmniej w ćwierćfinale. Dopiero z perspektywy czasu doceniłem, jak wyjątkowy był ten turniej i jakie emocje daliśmy kibico

Myślisz, że naprawdę byliśmy tak mocną drużyną?

Paradoksalnie nie byliśmy zespołem wybitnym piłkarsko. Nie dominowaliśmy rywali, nie utrzymywaliśmy długo piłki. Naszą siłą była organizacja, świetna defensywa, skrzydła, charakter i ogromne zaangażowanie. Z wiekiem zrozumiałem, że największe sukcesy buduje się przede wszystkim obroną.

Ósmy października 2016. Co pamiętasz z tego dnia?

Zerwanie więzadła krzyżowego. To był moment, od którego zaczęły się moje największe problemy zdrowotne.

Wróciłeś po 119 dniach.

Dzisiaj wiem, że zdecydowanie za szybko. Samo więzadło było zagojone, ale organizm nie był gotowy. Nie odbudowałem odpowiednio siły, a później nadrabiałem to już podczas normalnych treningów z zespołem. Uważam, że właśnie to mogło mieć wpływ na kolejne zerwanie więzadła w drugiej nodze.

Kto powinien był wtedy powiedzieć „stop”?

Nie zawodnik. Ja ufałem specjalistom. To oni powinni mnie zatrzymać. Piłkarz po prostu chce wrócić jak najszybciej. Nie potrafi odpuścić. Ja też taki byłem i do dziś trudno mi się hamować. Dlatego uważam, że wtedy ktoś z zewnątrz powinien był powiedzieć: „Jeszcze nie teraz”. 

Z perspektywy czasu ten powrót wygląda na zbyt pochopny.

Dziś też tak uważam, ale wtedy miałem 22 lata i zaufałem ludziom, którzy odpowiadali za rehabilitację. Nie miałem wiedzy ani doświadczenia, żeby podważać decyzje lekarzy.

Później przyszła druga kontuzja i kolejne problemy.

Najtrudniejsze było to, jak bardzo cierpieli moi bliscy. Wszyscy wiedzieli, że jestem kontuzjowany, ale mało kto widział, co przeżywa Agata. Przez dwa lata była przy mnie każdego dnia. Były momenty, kiedy płakałem, a ona po prostu mnie przytulała i dodawała mi siły. Bez niej byłoby mi znacznie trudniej przejść przez ten okres.

Twój brat mówił, że wszystko przeżywałeś w sobie.

Nigdy nie lubiłem obciążać bliskich swoimi emocjami, choć oni i tak wiedzieli, co się ze mną dzieje. Czasem rodzina przeżywa takie sytuacje nawet bardziej niż sam zawodnik.

Nie miałeś momentów zwątpienia?

Miałem wiele. Po drugim zerwaniu więzadła pojawiały się pytania, czy dam radę wrócić. Ale nigdy nie znałem słowa „poddaję się”. Piłka była całym moim życiem i nie potrafiłem sobie wyobrazić, że zakończę karierę w taki sposób.

Powiedziałeś kiedyś, że poprzedni rok był najtrudniejszy.

To był najcięższy okres mojego życia. Nie chcę używać słowa depresja, ale były momenty, kiedy emocjonalnie byłem na dnie. Patrzyłem na piłkę już tylko z boku i zastanawiałem się, kim jestem, skoro nie mogę robić tego, co kocham od dziecka. Wtedy człowiek zaczyna zadawać sobie pytania, których wcześniej nigdy sobie nie zadawał.

W ostatnich dwóch latach praktycznie nie było radości z piłki.

Prawie wcale. Wracałem do treningów z nadzieją, po czym znów łapałem kontuzję. Trzy razy naderwałem tę samą łydkę. Za każdym razem myślałem, że tym razem się uda, a chwilę później znów wszystko zaczynało się od początku.

Były myśli o zakończeniu kariery?

Takie myśli się pojawiały. Nie dlatego, że chciałem skończyć, ale dlatego, że zastanawiałem się, czy organizm jeszcze mi na to pozwoli. Jednocześnie zawsze miałem w sobie głos, który mówił: „Walcz dalej”. I to on nie pozwolił mi się poddać.

Nadal uważasz, że pierwszy powrót po kontuzji miał wpływ na to, co wydarzyło się później?

Myślę, że mógł mieć wpływ przede wszystkim na drugie zerwanie więzadła. Po każdej operacji zmienia się biomechanika organizmu. Później pojawiają się przeciążenia, kolejne urazy i organizm funkcjonuje już inaczej.

Fizjoterapeuci zwracali też uwagę na aparat ortodontyczny.

Trudno powiedzieć, jaki miał wpływ. Zacząłem go nosić głównie ze względów estetycznych, ale przy okazji okazało się, że trzeba skorygować również zgryz. Z czasem zrozumiałem, jak bardzo wszystko w organizmie jest ze sobą połączone. Nawet problemy z zębami potrafią wpływać na mięśnie.

Jak dziś wyglądają twoje relacje z bratem?

Są świetne. Mamy siedem lat różnicy i jako dzieci żyliśmy w dwóch różnych światach. Dopiero z wiekiem naprawdę się do siebie zbliżyliśmy. Zawsze był przy mnie i wspierał mnie na mojej drodze, a dziś bardzo cieszę się z jego sukcesów jako działacza.

Tata odszedł, kiedy byłeś dzieckiem. To miało wpływ na twoje życie?

Na pewno. Później ogromną rolę odegrali w moim życiu trener Sławomir Mogilan i Adam Nawałka. Myślę, że właśnie dlatego relacja z trenerem zawsze była dla mnie czymś więcej niż tylko relacją zawodnik–szkoleniowiec.

Rozmawiałeś później z ojcem?

Kilka razy. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale były to krótkie rozmowy.

Życzę ci, żebyś jeszcze wrócił na boisko, bo zdrowy Arkadiusz Milik wciąż może być podstawowym napastnikiem reprezentacji.

Dziękuję. To była wyjątkowa rozmowa. Trudno mi jeszcze przyzwyczaić się do Ciebie w roli prowadzącego, bo cały czas pamiętam Cię z boiska. Życzę powodzenia we wszystkich projektach i mam nadzieję, że jeszcze nieraz spotkamy się przy piłce.