O aktorstwie, które przyszło trochę z przepowiedni babci, o skrzypcach, które nie zniszczyły dzieciństwa, lecz stały się częścią rodzinnej tradycji, o młodości spędzonej w paryskim metrze i o ojcostwie, którego wciąż się uczy. W szczerej rozmowie z Grzegorzem Krychowiakiem Maciej Zakościelny opowiada o swojej drodze, emocjach po „Tańcu z gwiazdami” i o tym, jak zmieniło się jego spojrzenie na wizerunek, karierę i życie.
Grzegorz Krychowiak: Wygląd ci pomógł czy trochę przeszkodził w karierze?
Maciej Zakościelny: Jest mi aż niezręcznie o tym mówić. Był moment w życiu, kiedy byłem bardzo przewrażliwiony na tym punkcie. Pamiętam, że kiedyś powiedziałem koledze, z którym dziś bardzo się lubimy, że jeśli jeszcze jedno słowo powie o moim wyglądzie, to naprawdę się zdenerwuję. Wtedy bardzo przejmowałem się tym, czy się komuś podobam i jak jestem odbierany.
G.K.: Ale czym najbardziej się przejmowałeś?
M.Z.: Tym, czy ktoś mnie akceptuje. Czy się komuś to podoba. Teraz patrzę na to zupełnie inaczej.
G.K.: Taniec z gwiazdami to jest środowisko ludzi, których trzeba trochę odkurzyć. Ja byłem trochę rozczarowany.
M.Z.: Powody udziału w tym programie są różne. W moim przypadku było tak, że ja zawsze lubiłem tańczyć. Ta szkoła muzyczna też była związana z rytmem, z muzyką, z ruchem. Gdybym kiedyś trafił do szkoły tańca, to pewnie bym poszedł w tę stronę.
G.K.: Długo się zastanawiałeś nad przyjęciem propozycji?
M.Z.: Dwadzieścia lat.
G.K.: Dwadzieścia lat?
M.Z.: Tak. Pierwszą propozycję dostałem w 2006 roku. Wtedy jednak czasy były inne. W naszym zawodzie obowiązywała zasada, że im mniej widzowie wiedzą o aktorze prywatnie, tym łatwiej uwierzą w postać, którą gra.
G.K.: Co się zmieniło po tych latach?
M.Z.: Czasy. Zawsze miałem ochotę spróbować, ale wcześniej byłem w takim momencie kariery, kiedy jeszcze poznawałem ten zawód. Czułem, że nie jestem na tyle ugruntowany, żeby wchodzić w program rozrywkowy.
G.K.: Po finale ciężko było zaakceptować decyzję widzów?
M.Z.: Byliśmy trochę zaskoczeni. Włożyliśmy w to ogrom pracy. Stworzyliśmy tańce, które do dziś są wspominane. Ale to jest program telewizyjny. Każdy z uczestników mógł wygrać.
G.K.: Widziałem twoją minę, kiedy partnerka powiedziała, że wszyscy zasłużyli na zwycięstwo.
M.Z.: Wtedy byłem rozczarowany. To są ogromne emocje. Przez wiele tygodni trenowaliśmy codziennie po wiele godzin. Po takim wysiłku trudno jest zachować dystans.
G.K.: Nie było obawy, że coś nie wyjdzie i będzie pośmiewisko?
M.Z.: Bardziej zastanawiałem się, czy będę na tyle kreatywny, żeby coś w tym tańcu powiedzieć od siebie. Pierwszy odcinek nie wyszedł nam najlepiej. Bardzo się zestresowałem walcem angielskim.
G.K.: Co się wtedy zmieniło?
M.Z.: Zrozumiałem, że to ma być radość. Że trzeba się tym bawić. Bo jeśli widz zobaczy w tobie emocję, to kupi cię jako uczestnika.
O SZKOLE MUZYCZNEJ I SKRZYPCACH
G.K.: Raper O.S.T.R. powiedział mi kiedyś, że skrzypce zniszczyły mu dzieciństwo.
M.Z.: U mnie było inaczej. W mojej rodzinie muzyka była czymś naturalnym. Mama chodziła do szkoły muzycznej, jej siostry też. Jedna z nich była nauczycielką muzyki, druga śpiewała w operze w Regensburgu.
G.K.: Jak trafiłeś na skrzypce?
M.Z.: Chciałem grać na gitarze, ale nie było nauczyciela. Potem wybrałem pianino, ale było za dużo pianistów, więc padło na skrzypce.
G.K.: Były wieczory przy winie, kiedy wyciągałeś skrzypce?
M.Z.: Najczęściej moja mama prosiła mnie, żebym zagrał, kiedy przychodziły jej koleżanki. Pamiętam, że czasem mówiła: zagraj coś. Ja mówiłem: nie, nie chcę. A ona mówiła: dam ci dwie dychy. I wtedy od razu brałem skrzypce i grałem.

O PARYŻU I MŁODOŚCI
G.K.: Grałeś kiedyś w metrze w Paryżu.
M.Z.: Tak. Miałem siedemnaście lat. Pojechałem z bratem i kuzynem do Paryża i graliśmy w metrze. Mieszkaliśmy na kempingu w namiocie. To była ogromna szkoła życia.
G.K.: Bałbyś się dziś puścić siedemnastoletniego syna w taką podróż?
M.Z.: Dziś świat jest inny. Ale wiem, jak dużo mi to wtedy dało.
O OJCOSTWIE
G.K.: Jakim jesteś ojcem?
M.Z.: Uczę się tego. Mój syn Borys jest bardzo podobny do mnie. Ma podobny charakter. Czasem mnie to irytuje, bo widzę w nim samego siebie.
G.K.: Trudno znaleźć balans między dyscypliną a byciem kumplem dla dziecka?
M.Z.: Dyscyplina też jest miłością. My dzisiaj na nowo definiujemy ojcostwo. Ja staram się tłumaczyć synowi konsekwencje jego decyzji, a nie tylko go karać.
G.K.: Twój ojciec był taki sam?
M.Z.: Nie. Mój ojciec był bardziej ojcem z obowiązku. Zapewniał wszystko, ale brakowało czasu spędzanego razem.
O AKTORSTWIE
G.K.: Kiedy pojawiło się aktorstwo?
M.Z.: Myślę, że moja babcia mi to wywróżyła. Mówiła do mnie „mój ty mały Delonie”. Ja wtedy nie wiedziałem, kim jest Alain Delon.
G.K.: Poszedłeś do Akademii Teatralnej.
M.Z.: Tak. I wszystkie rzeczy, które robiłem wcześniej – sport, muzyka – bardzo mi się w tym zawodzie przydały.
G.K.: W szkole teatralnej jest miejsce na kreatywność?
M.Z.: Ogromne. Po zajęciach mogliśmy pracować nad scenami do późnej nocy. Czasem powstawały rzeczy, które spokojnie mogłyby trafić do repertuaru teatru.
Maciej Zakościelny był gościem Grzegorza Krychowiaka w podcaście RMF FM „W stylu Krychowiaka”


