ROBIĘ ZA DUŻO – ROBIĘ ZA MAŁO

Poczucie winy, które towarzyszy każdej decyzji

Nasze poczucie winy zaczyna się wcześnie, często jeszcze zanim nauczymy się rozróżniać emocje. Rodzi się w domu, kiełkuje w spojrzeniach dorosłych, w zdaniach wypowiadanych z pozorną troską: „powinnaś się wstydzić”, „nie rób nam wstydu”, „bój się Boga”. Słowa, które miały uczyć moralności, zasiewały w nas cichy wewnętrzny głos: jesteś winna, nawet jeśli nie wiesz dlaczego i tak dorastamy z tym cieniem, poczuciem, że nasze decyzje, reakcje, wybory, nie są wystarczająco dobre. Matki czują się winne, że nie są przy dzieciach wystarczająco długo, że nie potrafią być zawsze spokojne, że nie realizują się zawodowo. Mężczyźni, że nie mają czasu dla rodziny, że ich obecność w domu jest fizyczna, ale nie emocjonalna, że nie potrafią zrzucić z barków ciężaru odpowiedzialności.

Nie trzeba być rodzicem, żeby znać to uczucie. Wina nie wybiera ról, dociera do wszystkich, którzy próbują żyć dobrze, ale zderzają się z ograniczeniami. Z czasem do poczucia winy dołączają wstyd i smutek, uczucia, których nie potrafimy z siebie wytrząsnąć, bo przecież nikt nie chce zawieść. Chociaż próbujemy racjonalizować nasze wybory, to emocje nie słuchają logiki. Wstydzimy się mówić o własnych potrzebach. Czujemy się winni, gdy je realizujemy. Tracimy kontakt z tym, co naprawdę czujemy, i żyjemy w nieustannym przekonaniu, że powinniśmy inaczej, więcej, lepiej. Tylko że nikt nas nie uczy, jak oddzielić realną odpowiedzialność od emocjonalnego automatyzmu winy. Ten jeśli nieoswojony towarzyszy każdej decyzji, nawet tej najbardziej słusznej.

Drugi poziom tego mechanizmu jest jeszcze głębszy, osadzony w naszej emocjonalnej strukturze. Poczucie winy najczęściej bierze się z jednej, prostej potrzeby: chcemy być kochani. Akceptowani. Przyjmowani tacy, jacy jesteśmy. To najbardziej naturalne i zarazem najbardziej odczłowieczone pragnienie w naszej kulturze, tak oczywiste, że aż często przemilczane. Wstydzimy się tej potrzeby, a jednak właśnie ona steruje większością naszych działań. Kiedy nie spełniamy oczekiwań, swoich, cudzych, społecznych, natychmiast pojawia się napięcie. Nawet jeśli nie nazwalibyśmy tego „poczuciem winy”, to właśnie ono krąży pod powierzchnią: nie daję rady, nie jestem wystarczająco dobry, zawiodłam.

Środowisko zawodowe, oparte na mierzeniu efektywności i porównywaniu się, tylko ten mechanizm wzmacnia. Codziennie porównujemy się z innymi, ich ciałem, domem, tempem życia, osiągnięciami. Codziennie stykamy się z tym, co „powinniśmy”. Powinniśmy być spokojniejsi, bardziej obecni, lepiej zorganizowani, szczęśliwsi, zdrowsi, wydajniejsi. Powinniśmy więcej zarabiać, mniej się stresować i jeszcze mieć czas na odpoczynek. Tymczasem, jak piszą badacze, współczesna wina nie wynika już tylko z przekraczania zasad moralnych, ale z niespełnienia ideału. Tego, który sami sobie (lub inni nam) narzuciliśmy.

Najtrudniejsze jest to, że nie wszystkie „powinności” da się odłożyć. Niektóre są realne. Mamy dzieci, kredyty, obowiązki zawodowe, ludzi, którzy na nas liczą. Gdzieś w tym wszystkim nie potrafimy znaleźć bezpiecznego miejsca, w którym można po prostu… być. Nie spełniać, nie udowadniać, nie rekompensować. Po prostu być. Mechanizm winy, jak wynika z badań, działa jak samonakręcająca się spirala: im bardziej nie spełniamy oczekiwań, tym bardziej się obwiniamy, a im bardziej się obwiniamy, tym bardziej próbujemy je spełniać, kosztem siebie. Dlatego tak trudno to zatrzymać, bo z poziomu głowy wiemy, że nie musimy być idealni, ale z poziomu serca bardzo boimy się, że jeśli nie będziemy, zostaniemy odrzuceni.

Czy poczucie winy może być pozytywne?

To bardzo ważne i często zadawane pytanie, bo intuicyjnie traktujemy winę jako emocję trudną, bolesną, a nawet destrukcyjną. Rzeczywiście, w wielu przypadkach taka bywa. Jednak psychologia nie pozostawia wątpliwości: wina ma również swój konstruktywny wymiar, choć pod pewnymi warunkami.

W klasycznym ujęciu psychologicznym poczucie winy należy do tzw. emocji samoświadomościowych, które pojawiają się, gdy oceniamy własne zachowanie jako sprzeczne z wewnętrznymi normami, i to jest kluczowe: wina dotyczy działania, a nie tożsamości. Kiedy myślimy „zrobiłam źle”, mamy szansę naprawić, przeprosić, zmienić swoje postępowanie. W przeciwieństwie do wstydu, który mówi „jestem zła”, poczucie winy często wywołuje intencję zadośćuczynienia, a więc realną motywację do działania.

Badania pokazują, że osoby bardziej skłonne do odczuwania winy (tzw. wysoka skłonność do winy, guilt-proneness) częściej zachowują się etycznie, odpowiedzialnie i empatycznie. Przykładowo badanie Cohen & Wolf wykazało, że ludzie o wysokiej skłonności do winy rzadziej zdradzają zaufanie innych i bardziej angażują się w naprawę relacji po konflikcie. Poczucie winy, jeśli nie jest przytłaczające, pełni rolę regulatora moralnego, który pomaga nam utrzymać bliskie relacje i być lepszym człowiekiem w oczach własnych i innych.

W neurobiologii wina aktywuje obszary mózgu związane z empatią, teorią umysłu i przewidywaniem konsekwencji dla innych, to znaczy, że gdy ją przeżywamy, nasz mózg dosłownie „myśli społecznie”. Z badań wynika, że uczucie winy angażuje m.in. przyśrodkową korę przedczołową i zakręt obręczy, obszary związane z samooceną, refleksją i podejmowaniem decyzji społecznych. Gdy więc odczuwamy winę w zdrowej formie, nasz mózg naturalnie kieruje nas ku naprawie i kontaktowi, nie ku ucieczce.

Tutaj pojawia się najważniejszy warunek, poczucie winy działa pozytywnie tylko wtedy, gdy nie przekracza progu chronicznego obciążenia. Kiedy jest nadmiarowe, zinternalizowane, związane z niską samooceną lub uogólnione „zawsze coś robię źle”, łatwo przechodzi w wstyd, a potem w depresyjność, autoagresję lub poczucie beznadziei. Badania pokazują, że osoby z nadmierną skłonnością do winy częściej cierpią na zaburzenia nastroju i mają trudność z podejmowaniem decyzji, bo każda z nich wydaje się „nie dość dobra”. W takim kontekście wina przestaje być kompasem moralnym, a staje się wewnętrznym oskarżycielem.

Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi: czy wina jest dobra czy zła?, tylko: czy rozumiem, skąd się bierze i co chce mi powiedzieć? Jeśli potrafimy ją zinterpretować jako sygnał: „coś zrobiłam wbrew swoim wartościom, chcę to naprawić” wtedy wina staje się motorem rozwoju i relacyjnej bliskości. Jeśli jednak używamy jej do potwierdzania, że „jestem niewystarczająca”, wtedy tylko nas niszczy. Jak pisał Rollo May, wina może być twórcza, ale tylko wtedy, gdy nie odcina nas od życia.

Czego dziś naprawdę potrzebujemy, by lepiej rozumieć i przeżywać poczucie winy?

Codziennie słyszymy, co powinniśmy robić lepiej, szybciej, ciszej, mądrzej, potrzebujemy jednak przede wszystkim więcej łagodności wobec siebie. Poczucie winy to emocja, która sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła, ale sposób, w jaki ją przeżywamy, może nas albo otworzyć na zmianę, albo zamknąć w spirali samokrytyki. Dlatego pierwszym krokiem nie jest pozbycie się winy, ale nauczenie się jej słuchać. Zapytanie: co naprawdę próbujesz mi powiedzieć? Czy chodzi o to, że coś zrobiłam wbrew swoim wartościom, czy że nie pasuję do narzuconych mi oczekiwań?

Potrzebujemy dziś edukacji emocjonalnej, która pokaże różnicę między winą a wstydem. Potrzebujemy kultury, która przestanie karać emocje, a zacznie je rozumieć. Potrzebujemy języka, który nie stygmatyzuje błędów, ale traktuje je jako część rozwoju. I ludzi, liderów, psychologów, coachów – którzy nie będą uciszać winy w imię „pozytywnego myślenia”, ale pomogą ją przeżyć tak, by mogła się przekształcić w decyzję, działanie, naprawę, dialog.

Lider może pokazać, że można się mylić i naprawiać. Psycholog, że emocje nie są problemem, tylko drogą do głębszego zrozumienia siebie. Coach, że każda zmiana zaczyna się nie od wypierania winy, ale od nazwania jej bez osądu. Każde z tych miejsc jest dziś niezwykle potrzebne, bo ludzie nie potrzebują więcej powinności. Potrzebują więcej sensu. Potrzebują przypomnienia, że nie muszą być doskonali, żeby zasługiwać na szacunek, że nie są sami ze swoją winą, bo to właśnie próba przeżywania życia uczciwie, wśród relacji i zobowiązań, sprawia, że w ogóle ją odczuwają. Takie poczucie, choć trudne, jest przecież ludzkie.

Edyta Kwiatkowska-Pelizg

…………………………………………………………………

Edyta Kwiatkowska-Pelizg

Autorka artykułu, dyplomowana trenerka przywództwa i komunikacji z ponad 12-letnim doświadczeniem szkoleniowym, a także przedsiębiorczyni. Autorka publikacji m.in. w dzienniku „Rzeczpospolita”, tygodniku „Wprost” i na platformie Forbes.com. Prowadzi firmę szkoleniową CEO360 Institute, wspierając liderów i zespoły w rozwoju kompetencji oraz osiąganiu lepszych wyników w biznesie.